Opowiadaniem nr 4, będącym ostatnim, jest historia małżeństwa, szczęśliwego małżeństwa, które zamienia się w nostalgię lub piekło, gdy żona odkrywa mroczny sekret męża, seryjnego mordercy. Opowiadanie jest niezłe, lepsze niż nr 2, ale nie dorasta do pięt nr 1, a zwłaszcza nr 3. Nie mam co tu pisać, by dowiedzieć się więcej, odsyłam do lektury, to najprostszy i jedyny słuszny sposób na zajrzenie w duszę Czarnej bezgwiezdnej nocy, tomikowi bardzo dobremu w moim mniemaniu. Mam swoje przemyślenia, swoje wnioski, swoje marzenia, swoje fantazje związane z każdym z tych opowiadań, jednak zostawię je dla siebie by nikomu nie psuć smaku Stephena. Pozwolę sobie zakończyć cytatem z Posłowia, który mi się bardzo spodobał i został przeze mnie przyswojony jako "zgadzam się, tak jest"... Nigdy nie można być pewnym. Niczego, ani nikogo. Nikogo nie zna się tak naprawdę "całego". Zaufanie staje się dziecinną igraszką, stratą czasu...
"W porządku, chyba już dość nabyliśmy się w czarnej, bezgwiezdnej nocy. Obok jest inny, wielki świat. Weź mnie za rękę, przyjacielu, a ja z radością poprowadzę cię ku słońcu. Cieszę się, że tam pójdziemy, bo uważam, że ludzie w większości są zasadniczo dobrzy. Wiem, że ja jestem.
To ciebie nie jestem do końca pewny."
poniedziałek, 12 września 2011
niedziela, 11 września 2011
Czarna bezgwiezdna noc - Stephen King. Część II
Będzie tu mowa o opowiadaniu nr 2 i nr 3, choć jestem w trakcie nr 4, więc... no cóż, zobaczymy.
Opowiadanie nr 2 nosi tytuł Wielki Kierowca. Słuchamy tu dosyć badziewnej historii o babce, którą zgwałcono, a która potem się mści. Jedyna ciekawostka to to, że owa bohaterka jest pisarką, a jedna z jej bohaterek (chyba, byłem pijany) nazywa się Marple (Agatha Christie się kłania). Ciekawy zabieg, Stephen w głowie gwałci Agathe Christie. Sztampowe, oklepane, nieciekawe, średnio wciągające, bardziej nudne, opowiadanie ratuje sposób narracji - bohaterka mówi różnymi głosami, personifikując swojego kota czy GPS. Widocznie stare panny z kotami tak już mają.
Opowiadanie nr 3 nosi tytuł Dobry Interes. I jest genialne. Główny bohater ma kochającą żonę, złośliwego raka (wychodzi na to samo, prawda? ;)), dzieci i przyjaciela. Pewnego dnia spotyka straganik o szyldzie "przedłużamy losy", który to obsługuje Pan Bełdia (szybkie przestawienie sylab i mamy Diabła, choć od pewnego czasu nie znoszę pierwszej sylaby tego słowa, "Dia" to skrót w jakim moja obecna/była - to ciężko ustalić, pewnie o tym napisze, by móc pomyśleć w spokoju - dziewczyna zwracała się do ziutka, któremu najchętniej wyprułbym flaki). Pan Bełdia specjalizuje się autentycznie w przedłużaniu losów. Od terminów spłat w banku, przez... a zresztą, sami przeczytajcie ;).
"Streeter zauważył nie bez pewnej fascynacji, że choć George Bełdia jest tęgi, jego cień prezentuje się równie chudo i chorobliwie jak jego własny. Przyjął, że cienie wszystkich ludzi zaczynają tak wyglądać o zachodzie słońca, zwłaszcza w sierpniu, kiedy końcówka dnia trwa długo, przeciąga się i jest w jakiś sposób nieprzyjemna.
– Nie widzę buteleczek – powiedział Streeter.
Bełdia oparł się palcami dłoni o stolik i pochylił, nagle przybierając wygląd człowieka
interesów.
– Sprzedaję przedłużenia – odpowiedział.
– Co szczęśliwym przypadkiem pasuje do nazwy tej drogi.
– Nigdy o tym nie pomyślałem, ale zapewne ma pan rację. Choć czasami cygaro jest tylko cygarem*, a przypadek jest po prostu przypadkiem. Każdy chce jakiegoś przedłużenia, panie Streeter. Gdyby był pan młodą kobietą uwielbiającą zakupy, zaproponowałbym panu przedłużenie kredytu. Gdyby był pan mężczyzną z małym penisem... genetyka potrafi być okrutna... zaproponowałbym panu przedłużenie siurka.
Streeter był zdumiony i rozbawiony śmiałością tych słów. Po raz pierwszy od miesiąca – od momentu diagnozy – zapomniał, że ma bardzo agresywną i wyjątkowo szybko postępującą formę raka.
– Pan żartuje.
– Och, kocham dowcipkować, ale nigdy nie żartuję z interesów. Swego czasu sprzedałem dziesiątki przedłużeń penisa i przez chwilę byłem nawet znany w Arizonie jako „El Pene Grande”."
O okrutnej genetyce sam wiem, ale zamiast przedłużenia penisa wybrałbym coś innego. Jeżeli bóg albo diabeł istnieją, to proszę, niech się któryś zgłosi i podpisze ze mną pakt. Czysty, zwyczajny interes... na pewno się dogadamy. Gwarantuje. Więc gdyby przypadkiem przeglądał Pan Panie Szatanie tego bloga, proszę, niech Pan napisze. Lub Pani. Sam nie wiem jakiej płci jest Szatan... proszę Pana/Panią o wybaczenie za mą niewiedzę, tak to po prostu w życiu jest, zresztą sam Pan/Pani wie i widzi patrząc na zagubionego, durnego karalucha.
W każdym razie ceną jest 15% dochodów naszego bohatera plus ktoś kogo nienawidzi, by zrobić mu coś paskudnego. Bilans musi wyjść na zero (a skoro tak, to ciekawe kiedy stanę się miliarderem...). Kimś kogo nienawidzi jest jego najlepszy przyjaciel i tak... zamilknę, przeczytajcie sami.
O kolejnym opowiadaniu napisze w części III. Ciau.
Opowiadanie nr 2 nosi tytuł Wielki Kierowca. Słuchamy tu dosyć badziewnej historii o babce, którą zgwałcono, a która potem się mści. Jedyna ciekawostka to to, że owa bohaterka jest pisarką, a jedna z jej bohaterek (chyba, byłem pijany) nazywa się Marple (Agatha Christie się kłania). Ciekawy zabieg, Stephen w głowie gwałci Agathe Christie. Sztampowe, oklepane, nieciekawe, średnio wciągające, bardziej nudne, opowiadanie ratuje sposób narracji - bohaterka mówi różnymi głosami, personifikując swojego kota czy GPS. Widocznie stare panny z kotami tak już mają.
Opowiadanie nr 3 nosi tytuł Dobry Interes. I jest genialne. Główny bohater ma kochającą żonę, złośliwego raka (wychodzi na to samo, prawda? ;)), dzieci i przyjaciela. Pewnego dnia spotyka straganik o szyldzie "przedłużamy losy", który to obsługuje Pan Bełdia (szybkie przestawienie sylab i mamy Diabła, choć od pewnego czasu nie znoszę pierwszej sylaby tego słowa, "Dia" to skrót w jakim moja obecna/była - to ciężko ustalić, pewnie o tym napisze, by móc pomyśleć w spokoju - dziewczyna zwracała się do ziutka, któremu najchętniej wyprułbym flaki). Pan Bełdia specjalizuje się autentycznie w przedłużaniu losów. Od terminów spłat w banku, przez... a zresztą, sami przeczytajcie ;).
"Streeter zauważył nie bez pewnej fascynacji, że choć George Bełdia jest tęgi, jego cień prezentuje się równie chudo i chorobliwie jak jego własny. Przyjął, że cienie wszystkich ludzi zaczynają tak wyglądać o zachodzie słońca, zwłaszcza w sierpniu, kiedy końcówka dnia trwa długo, przeciąga się i jest w jakiś sposób nieprzyjemna.
– Nie widzę buteleczek – powiedział Streeter.
Bełdia oparł się palcami dłoni o stolik i pochylił, nagle przybierając wygląd człowieka
interesów.
– Sprzedaję przedłużenia – odpowiedział.
– Co szczęśliwym przypadkiem pasuje do nazwy tej drogi.
– Nigdy o tym nie pomyślałem, ale zapewne ma pan rację. Choć czasami cygaro jest tylko cygarem*, a przypadek jest po prostu przypadkiem. Każdy chce jakiegoś przedłużenia, panie Streeter. Gdyby był pan młodą kobietą uwielbiającą zakupy, zaproponowałbym panu przedłużenie kredytu. Gdyby był pan mężczyzną z małym penisem... genetyka potrafi być okrutna... zaproponowałbym panu przedłużenie siurka.
Streeter był zdumiony i rozbawiony śmiałością tych słów. Po raz pierwszy od miesiąca – od momentu diagnozy – zapomniał, że ma bardzo agresywną i wyjątkowo szybko postępującą formę raka.
– Pan żartuje.
– Och, kocham dowcipkować, ale nigdy nie żartuję z interesów. Swego czasu sprzedałem dziesiątki przedłużeń penisa i przez chwilę byłem nawet znany w Arizonie jako „El Pene Grande”."
O okrutnej genetyce sam wiem, ale zamiast przedłużenia penisa wybrałbym coś innego. Jeżeli bóg albo diabeł istnieją, to proszę, niech się któryś zgłosi i podpisze ze mną pakt. Czysty, zwyczajny interes... na pewno się dogadamy. Gwarantuje. Więc gdyby przypadkiem przeglądał Pan Panie Szatanie tego bloga, proszę, niech Pan napisze. Lub Pani. Sam nie wiem jakiej płci jest Szatan... proszę Pana/Panią o wybaczenie za mą niewiedzę, tak to po prostu w życiu jest, zresztą sam Pan/Pani wie i widzi patrząc na zagubionego, durnego karalucha.
W każdym razie ceną jest 15% dochodów naszego bohatera plus ktoś kogo nienawidzi, by zrobić mu coś paskudnego. Bilans musi wyjść na zero (a skoro tak, to ciekawe kiedy stanę się miliarderem...). Kimś kogo nienawidzi jest jego najlepszy przyjaciel i tak... zamilknę, przeczytajcie sami.
O kolejnym opowiadaniu napisze w części III. Ciau.
"Orzeźwienie"
"To jest ta chwila, te parę sekund.
Serce łomocze.
Szyba pęka. Szkło jest wszędzie.
High.
Włosy stają dęba.
Wewnątrz coś rośnie, rozpycha się w trzewiach i TO czujesz.
Wiesz, że nie ma odwrotu.
Wiesz, że doprowadzono Cię tu drogami, którymi nie zawsze chciałeś iść.
Patrzysz z wysoka na swoje bezwładne ciało, ulatujesz ku niebu by spojrzeć w swą twarz oczekując na finał.
I wtedy spadasz.
Low.
Wbijasz się z impetem we własne ciało, budzisz się, otwierasz oczy, wrzeszczysz, płaczesz, szarpiesz i wiesz.
Wyrwany z najgłębszych odmętów oceanu łykasz powietrze, tak upragnione powietrze, napełniasz tym samym płuca ogniem.
Czujesz, że żyjesz gdy kawałki ostre jak brzytwa tną Twą skórę. Szkło dostaje się pod paznokcie, wypełnia buty.
High.
To Twoje chwile, dla nich się urodziłeś. Dla tych sieci, dla intryg, dla urojeń, które tylko Ty możesz stworzyć, ale to nie najgorsze. Najgorsze jest to, że większość urojeń jest prawdziwa, więc nie wolno Ci żadnej lekceważyć.
Low.
I wtedy przychodzi ona. Opatulona fioletowym szalem, skrywającym słodki kształt pokusy. Czujesz jego smak, wiesz co się stanie i nie oponujesz. Szkło zaczyna wirować, sięga do oczodołów, wbija się w pośladki, gdy bierzesz pokusę na parkingu pod supermarketem. Pamiętaj - ona nie jest wyjątkowa.
I czujesz się fałszywym Bogiem. Marnym falsyfikatem.
High.
Doglądasz swoich dzieci, które dawno odfrunęły z gniazda. Patrzysz jak szamoczą się z rzeczywistością starając ochronić swe dawno wypalone ogniem skrzydła, widzisz ich życie toczące się zgodnie z przepowiednią. Twoją przepowiednią. I zostaje już tylko ogień.
Low.
Wracają Ci zmysły. Odzyskujesz smak by czuć suche, spragnione wszystkiego usta, węch by woń dymu znowu łechtała zatoki, dotyk by się oprzeć, wzrok by podziwiać szkło mieniące się w blasku, słuch by trzask paleniska był wyjątkowy.
High.
Słyszysz już ich głos, wokal, gitara, wokal, gitara, wydzierają Ci wnętrzności, szczury przyszły na żer. Trwa to latami, a Twą liczbą staje się 3. Trzykrotna litera też wyśmiewa Twoje podejrzenia. Czy to może być przypadek? Czy przypadek istnieje?
Low.
Nie.
Zapalasz się, stajesz się pochodnią. Odłamki szkła topnieją we wszystkich otworach Twego ciała. Żyć wiecznie będąc jedynie zapałką czy ulotną chwilę jako słońce, spalić się szybko, niezwykle jasnym blaskiem.
High.
Niezależnie co wybierzesz, ból będzie nie do zniesienia, cierpienie jest tym, co czyni życie prawdziwym. Tym, co każe Ci zmartwychwstawać, gdy musisz odebrać zemstę. Twoją zemstę.
Low.
Powstań teraz i idź, są światy inne niż ten. Bądź demonem by odnaleźć swojego anioła. Poluj łowco.
Pamiętaj tylko, by nie zapomnieć o szczurach. Znajdź jednego trupa, a kolejne wysypią się ze wszystkich szaf.
Wiesz już, że gdy chodzi o obłęd, zło i popapranie, jakiekolwiek granice przestają istnieć. Jest tylko nieskończona otchłań. Kazali Ci na nią patrzeć, brać w niej udział, tańczyć jak zagra gitara, tupać, gdy usłyszysz wokal pokusy.
High.
Nadeszły żniwa. A Ty częściowo wróciłeś, wstałeś rano by poznać, że jedna z Twoich połów jest martwa.
I ona też musi zmartwychwstać by się dokonało, by pamiętano, by stać się oryginałem.
Low."
Serce łomocze.
Szyba pęka. Szkło jest wszędzie.
High.
Włosy stają dęba.
Wewnątrz coś rośnie, rozpycha się w trzewiach i TO czujesz.
Wiesz, że nie ma odwrotu.
Wiesz, że doprowadzono Cię tu drogami, którymi nie zawsze chciałeś iść.
Patrzysz z wysoka na swoje bezwładne ciało, ulatujesz ku niebu by spojrzeć w swą twarz oczekując na finał.
I wtedy spadasz.
Low.
Wbijasz się z impetem we własne ciało, budzisz się, otwierasz oczy, wrzeszczysz, płaczesz, szarpiesz i wiesz.
Wyrwany z najgłębszych odmętów oceanu łykasz powietrze, tak upragnione powietrze, napełniasz tym samym płuca ogniem.
Czujesz, że żyjesz gdy kawałki ostre jak brzytwa tną Twą skórę. Szkło dostaje się pod paznokcie, wypełnia buty.
High.
To Twoje chwile, dla nich się urodziłeś. Dla tych sieci, dla intryg, dla urojeń, które tylko Ty możesz stworzyć, ale to nie najgorsze. Najgorsze jest to, że większość urojeń jest prawdziwa, więc nie wolno Ci żadnej lekceważyć.
Low.
I wtedy przychodzi ona. Opatulona fioletowym szalem, skrywającym słodki kształt pokusy. Czujesz jego smak, wiesz co się stanie i nie oponujesz. Szkło zaczyna wirować, sięga do oczodołów, wbija się w pośladki, gdy bierzesz pokusę na parkingu pod supermarketem. Pamiętaj - ona nie jest wyjątkowa.
I czujesz się fałszywym Bogiem. Marnym falsyfikatem.
High.
Doglądasz swoich dzieci, które dawno odfrunęły z gniazda. Patrzysz jak szamoczą się z rzeczywistością starając ochronić swe dawno wypalone ogniem skrzydła, widzisz ich życie toczące się zgodnie z przepowiednią. Twoją przepowiednią. I zostaje już tylko ogień.
Low.
Wracają Ci zmysły. Odzyskujesz smak by czuć suche, spragnione wszystkiego usta, węch by woń dymu znowu łechtała zatoki, dotyk by się oprzeć, wzrok by podziwiać szkło mieniące się w blasku, słuch by trzask paleniska był wyjątkowy.
High.
Słyszysz już ich głos, wokal, gitara, wokal, gitara, wydzierają Ci wnętrzności, szczury przyszły na żer. Trwa to latami, a Twą liczbą staje się 3. Trzykrotna litera też wyśmiewa Twoje podejrzenia. Czy to może być przypadek? Czy przypadek istnieje?
Low.
Nie.
Zapalasz się, stajesz się pochodnią. Odłamki szkła topnieją we wszystkich otworach Twego ciała. Żyć wiecznie będąc jedynie zapałką czy ulotną chwilę jako słońce, spalić się szybko, niezwykle jasnym blaskiem.
High.
Niezależnie co wybierzesz, ból będzie nie do zniesienia, cierpienie jest tym, co czyni życie prawdziwym. Tym, co każe Ci zmartwychwstawać, gdy musisz odebrać zemstę. Twoją zemstę.
Low.
Powstań teraz i idź, są światy inne niż ten. Bądź demonem by odnaleźć swojego anioła. Poluj łowco.
Pamiętaj tylko, by nie zapomnieć o szczurach. Znajdź jednego trupa, a kolejne wysypią się ze wszystkich szaf.
Wiesz już, że gdy chodzi o obłęd, zło i popapranie, jakiekolwiek granice przestają istnieć. Jest tylko nieskończona otchłań. Kazali Ci na nią patrzeć, brać w niej udział, tańczyć jak zagra gitara, tupać, gdy usłyszysz wokal pokusy.
High.
Nadeszły żniwa. A Ty częściowo wróciłeś, wstałeś rano by poznać, że jedna z Twoich połów jest martwa.
I ona też musi zmartwychwstać by się dokonało, by pamiętano, by stać się oryginałem.
Low."
sobota, 10 września 2011
Czarna bezgwiezdna noc - Stephen King. Część I
Nie wiem co mnie tu przywiodło.
Może zwyczajna ochota?
Może potrzeba?
A może nieodparta chęć pisania?
Prawda jest taka, że kłamię. Przywiodła mnie tu pewna urocza dama, której za to dziękuje. Czy może istnieć coś cenniejszego dla kogokolwiek kto kiedykolwiek cokolwiek napisał, niezależnie od poziomu i stopnia niedoskonałości, jak komplement i prośba?
Nie. Zwłaszcza, gdy jest się podpitym (bez urazy moja droga, bardzo proszę i dziękuję).
Po owym preludium chciałbym przejść do sedna, do Czarnej bezgwiezdnej nocy Kinga, czyli małego zbioru opowiastek tego wybitnego autora. Pierwszą z nich jest 1922.
Opowieść o...
"Nazywam się Wilfred Leland James, a to jest moja spowiedź. W czerwcu 1922 roku zamordowałem żonę, Arlette Christinę Winters James, i żeby ukryć ciało, wrzuciłem je do starej studni."
Cóż, opowieść zdaje się banalna, jednak otwiera pewne sprawy, pewne kwestie interakcji międzyludzkich. Interakcji, które ponad miarę oddziałują na czytelnika bardziej niż sam opis podrzynania gardła owej Arlette, jakby była zwykłym wieprzem. Osobiście jest to dla mnie tym bardziej ciekawy utwór, gdyż porusza dwa bieguny, tak często brane pod uwagę w tym miejscu. Miłość i nienawiść. Nie, źle. Jak sam King to ujmuje, nienawiść tak silną, że powstać mogła jedynie z miłości. Ukazano tutaj rozdarcie człowieka na dwa różne światy, jego powierzchowną warstwę, tą która mówi "kocham Cię", całuje, przytula, kłamie i mówiąc wprost, pieprzy, oraz pewnego nieokreślonego chochlika wewnątrz...
"Wierzę, że w każdym siedzi jakby inny człowiek, obcy, taki Przechera. I wierzę, że kiedy zaczął się marzec 1922 roku, gdy niebo nad hrabstwem Hemingford stało się białe, a każde pole było zaśnieżonym błockiem, Przechera w farmerze Wilfredzie Jamesie wydał wyrok na moją żonę i przesądził o jej losie. I słusznie się jej to należało. Biblia mówi, że niewdzięczne dziecko jest jak wąż wyhodowany na własnej piersi, ale kłótliwa i niewdzięczna żona to coś jeszcze gorszego."
Każdy kto mnie zna niewątpliwie już rozumie czemu tak mi się podoba ta historia. Życie lubi płatać psikusy, niezależnie od czasu. 30 minut, dni, miesięcy czy lat - im dłużej trwa, tym większy będzie huk upadku otaczającej nas kopuły kłamstw. Kłamstw którymi Arlette karmiła Wilfreda, którymi on karmił ją i które słyszał ich syn. Kłamstw które każdy z nas słyszy codziennie, każdego dnia, jednak tylko jakaś mała część osobowości w istocie zapala czerwone światełko z napisem "bujda", światełko które jest przyćmione przez blask drugiej połowy naszego życia, naszych dzieci, naszych rodziców. Innymi słowy, ludzi którym w ogóle na nas tak naprawdę nie zależy, a jeżeli twierdzą inaczej, to cóż... "bujda", "bujda", "bujda"...
"– Co wolisz w takim razie? – zapytałem, opowiedziawszy mu to wszystko z największymi szczegółami.
– Chcę zostać tu z tobą, tato – odparł. Łzy płynęły mu po policzkach. – Dlaczego ona musi być taką... taką...
– No, dalej – zachęciłem go. – Słowa prawdy nigdy nie są przekleństwem, synu.
– Taką zdzirą!
– Bo taka jest większość kobiet – odrzekłem. – To część ich natury, której nie da się wykorzenić. Pytanie brzmi jednak, co mamy zamiar z tym zrobić."
Apogeum mojej natury, nieprawdaż? Owszem, czuje się głęboko związany z Wilfredem, może przez alkohol, może przez coś więcej. Zasadniczą różnicą między nami jest, cóż... najprościej oddają to dwa słowa. Skala i Brutalność, których mam zdecydowanie więcej w umyśle niźli on kiedykolwiek byłby w stanie zdobyć. Tracę wątek, więc...
O ironio, jednak śmierć została podpisana ręką samej Arlette.
"Policzek, który mu wymierzyła, stał się wyrokiem śmierci."
Tak oto King opisał uderzenie syna przez Arlette. Wyroki zawsze podpisujemy sami, nawet o tym nie wiedząc. Głupota nas do tego pcha.
"Bardzo młodzi mężczyźni nieodmiennie stawiają na piedestale swoją pierwszą miłość i kiedy ktoś, nawet własna matka, ośmieli się napluć na ich ideał..."
A tak obrazę miłości owego młodziana.
Cóż... wnioskuje z tego, że jestem stary.
Natomiast zachowując już powagę, jest to prawda, jednak ma swoje wyjątki - wyjątki za które pokocha mnie każda feministka. Pluć na owy ideał nie może nikt, oprócz samych młodych. Czemu? Już śpieszę z odpowiedzią - gdyż ten ideał jest tylko ich, nie istnieje. Jest mieszanką kłamstw pozorantki i kłamstw naszych umysłów. To co istnieje w naszej głowie zawsze można zniszczyć - choćbyśmy chcieli unicestwić siebie samych.
"Nasze krowy ryczały, bo rankiem nie zostały wydojone. Zrobiłem to, a potem wypuściłem je na pastwisko, gdzie zostały do zachodu słońca, bo nie zagoniłem ich z powrotem na drugie dojenie tuż po kolacji. Im było wszystko jedno; krowy godzą się na to, co jest. Gdyby Arlette bardziej przypominała jedną z naszych krasul, nadal by żyła i zamęczała mnie, żebym kupił nową zmywarkę z katalogu Monkey Ward. I pewnie bym ją dla niej kupił. Zawsze udawało się jej do czegoś mnie namówić."
By narobić smaku wszystkim fanom "ostrych" kawałków dodam jeszcze ten cytat.
"Wiedziałem jedynie, że we wszystkich moich planach dotyczących tego momentu – innymi słowy, w marzeniach o chwili, gdy się jej pozbywam – zawsze widziałem nóż, który teraz trzymałem w ręku. Zatem nóż tego dokona. Nóż – albo nici z całego zamiaru."
I na moim ulubionym skończę, Wilfred o Arlette:
„Nie dosiadaj kobyły bez uzdy, bo nigdy nie wiadomo, w którą stronę ta dziwka pobiegnie”.
Może zwyczajna ochota?
Może potrzeba?
A może nieodparta chęć pisania?
Prawda jest taka, że kłamię. Przywiodła mnie tu pewna urocza dama, której za to dziękuje. Czy może istnieć coś cenniejszego dla kogokolwiek kto kiedykolwiek cokolwiek napisał, niezależnie od poziomu i stopnia niedoskonałości, jak komplement i prośba?
Nie. Zwłaszcza, gdy jest się podpitym (bez urazy moja droga, bardzo proszę i dziękuję).
Po owym preludium chciałbym przejść do sedna, do Czarnej bezgwiezdnej nocy Kinga, czyli małego zbioru opowiastek tego wybitnego autora. Pierwszą z nich jest 1922.
Opowieść o...
"Nazywam się Wilfred Leland James, a to jest moja spowiedź. W czerwcu 1922 roku zamordowałem żonę, Arlette Christinę Winters James, i żeby ukryć ciało, wrzuciłem je do starej studni."
Cóż, opowieść zdaje się banalna, jednak otwiera pewne sprawy, pewne kwestie interakcji międzyludzkich. Interakcji, które ponad miarę oddziałują na czytelnika bardziej niż sam opis podrzynania gardła owej Arlette, jakby była zwykłym wieprzem. Osobiście jest to dla mnie tym bardziej ciekawy utwór, gdyż porusza dwa bieguny, tak często brane pod uwagę w tym miejscu. Miłość i nienawiść. Nie, źle. Jak sam King to ujmuje, nienawiść tak silną, że powstać mogła jedynie z miłości. Ukazano tutaj rozdarcie człowieka na dwa różne światy, jego powierzchowną warstwę, tą która mówi "kocham Cię", całuje, przytula, kłamie i mówiąc wprost, pieprzy, oraz pewnego nieokreślonego chochlika wewnątrz...
"Wierzę, że w każdym siedzi jakby inny człowiek, obcy, taki Przechera. I wierzę, że kiedy zaczął się marzec 1922 roku, gdy niebo nad hrabstwem Hemingford stało się białe, a każde pole było zaśnieżonym błockiem, Przechera w farmerze Wilfredzie Jamesie wydał wyrok na moją żonę i przesądził o jej losie. I słusznie się jej to należało. Biblia mówi, że niewdzięczne dziecko jest jak wąż wyhodowany na własnej piersi, ale kłótliwa i niewdzięczna żona to coś jeszcze gorszego."
Każdy kto mnie zna niewątpliwie już rozumie czemu tak mi się podoba ta historia. Życie lubi płatać psikusy, niezależnie od czasu. 30 minut, dni, miesięcy czy lat - im dłużej trwa, tym większy będzie huk upadku otaczającej nas kopuły kłamstw. Kłamstw którymi Arlette karmiła Wilfreda, którymi on karmił ją i które słyszał ich syn. Kłamstw które każdy z nas słyszy codziennie, każdego dnia, jednak tylko jakaś mała część osobowości w istocie zapala czerwone światełko z napisem "bujda", światełko które jest przyćmione przez blask drugiej połowy naszego życia, naszych dzieci, naszych rodziców. Innymi słowy, ludzi którym w ogóle na nas tak naprawdę nie zależy, a jeżeli twierdzą inaczej, to cóż... "bujda", "bujda", "bujda"...
"– Co wolisz w takim razie? – zapytałem, opowiedziawszy mu to wszystko z największymi szczegółami.
– Chcę zostać tu z tobą, tato – odparł. Łzy płynęły mu po policzkach. – Dlaczego ona musi być taką... taką...
– No, dalej – zachęciłem go. – Słowa prawdy nigdy nie są przekleństwem, synu.
– Taką zdzirą!
– Bo taka jest większość kobiet – odrzekłem. – To część ich natury, której nie da się wykorzenić. Pytanie brzmi jednak, co mamy zamiar z tym zrobić."
Apogeum mojej natury, nieprawdaż? Owszem, czuje się głęboko związany z Wilfredem, może przez alkohol, może przez coś więcej. Zasadniczą różnicą między nami jest, cóż... najprościej oddają to dwa słowa. Skala i Brutalność, których mam zdecydowanie więcej w umyśle niźli on kiedykolwiek byłby w stanie zdobyć. Tracę wątek, więc...
O ironio, jednak śmierć została podpisana ręką samej Arlette.
"Policzek, który mu wymierzyła, stał się wyrokiem śmierci."
Tak oto King opisał uderzenie syna przez Arlette. Wyroki zawsze podpisujemy sami, nawet o tym nie wiedząc. Głupota nas do tego pcha.
"Bardzo młodzi mężczyźni nieodmiennie stawiają na piedestale swoją pierwszą miłość i kiedy ktoś, nawet własna matka, ośmieli się napluć na ich ideał..."
A tak obrazę miłości owego młodziana.
Cóż... wnioskuje z tego, że jestem stary.
Natomiast zachowując już powagę, jest to prawda, jednak ma swoje wyjątki - wyjątki za które pokocha mnie każda feministka. Pluć na owy ideał nie może nikt, oprócz samych młodych. Czemu? Już śpieszę z odpowiedzią - gdyż ten ideał jest tylko ich, nie istnieje. Jest mieszanką kłamstw pozorantki i kłamstw naszych umysłów. To co istnieje w naszej głowie zawsze można zniszczyć - choćbyśmy chcieli unicestwić siebie samych.
"Nasze krowy ryczały, bo rankiem nie zostały wydojone. Zrobiłem to, a potem wypuściłem je na pastwisko, gdzie zostały do zachodu słońca, bo nie zagoniłem ich z powrotem na drugie dojenie tuż po kolacji. Im było wszystko jedno; krowy godzą się na to, co jest. Gdyby Arlette bardziej przypominała jedną z naszych krasul, nadal by żyła i zamęczała mnie, żebym kupił nową zmywarkę z katalogu Monkey Ward. I pewnie bym ją dla niej kupił. Zawsze udawało się jej do czegoś mnie namówić."
By narobić smaku wszystkim fanom "ostrych" kawałków dodam jeszcze ten cytat.
"Wiedziałem jedynie, że we wszystkich moich planach dotyczących tego momentu – innymi słowy, w marzeniach o chwili, gdy się jej pozbywam – zawsze widziałem nóż, który teraz trzymałem w ręku. Zatem nóż tego dokona. Nóż – albo nici z całego zamiaru."
I na moim ulubionym skończę, Wilfred o Arlette:
„Nie dosiadaj kobyły bez uzdy, bo nigdy nie wiadomo, w którą stronę ta dziwka pobiegnie”.
piątek, 28 stycznia 2011
Zabawki i sprawy ogólne
Ależ ten czas powoli leci... zostały mi jeszcze 3 egzaminy, na które muszę się przygotować. Napisać "zamówioną" pracę o Markizie (tu się dobrze składa, że ostatnio zacząłem znowu o niej myśleć i nabrałem paru pomysłów, jednak wiem już, że nie wyjdzie tak długa jak oczekiwałem. Najwyżej nikt nie będzie wiedział o czym będzie w niej mowa) i... czekać.
Umilam sobie wieczór słuchaniem głównie Bacha, Beethovena i Barbera (swoją drogą polecam tego ostatniego, Adagio for Strings, coś niesamowitego).
W planach mam wyjazd, najpierw gdziekolwiek, żeby się zrelaksować, a w dalszym czasie - za granicę, na praktyki. Około 2 miesięcy wakacji od wszystkiego dobrze mi zrobi, a jeżeli pojawi się okazja, by dokończyć tam studia i już tu nie wrócić - skorzystam z niej.
Zastanawiam się, jaki to wszystko ma skutek, jaką przyczynę?
Jeżeli wierzyć legendarnemu "bilans musi wyjść na zero" to z każdym dniem pracuje na jeszcze bardziej świetlaną przyszłość. Wiara, nadzieja... one nigdy nie umierają, w nikim z nas. Zależy tylko czego dotyczą. Osobiście wierzę, że to się tak nie kończy. Że gdzieś tam... daleko... jest "to coś", ten nieopisany "przedmiot" pragnień. Trzeba tylko o niego zawalczyć - a żeby zawalczyć trzeba nabrać sił. Ogarnia mnie dziwny optymizm, to nawet zabawne. Mało zostało tego czekania, warto zaczekać w spokoju. Pośpiech rodzi błędy. Dlatego (ironia? = dlaczego?) już niedługo ponownie wezmę nóż i zarżnę parę rzeczy, spale parę mostów i pójdę spać, pójdę śnić o tym, że zostałem odpowiednikiem Nerona, śnić o tym, że podpaliłem świat. Podpaliłem i patrzę jak umiera.
Umilam sobie wieczór słuchaniem głównie Bacha, Beethovena i Barbera (swoją drogą polecam tego ostatniego, Adagio for Strings, coś niesamowitego).
W planach mam wyjazd, najpierw gdziekolwiek, żeby się zrelaksować, a w dalszym czasie - za granicę, na praktyki. Około 2 miesięcy wakacji od wszystkiego dobrze mi zrobi, a jeżeli pojawi się okazja, by dokończyć tam studia i już tu nie wrócić - skorzystam z niej.
Zastanawiam się, jaki to wszystko ma skutek, jaką przyczynę?
Jeżeli wierzyć legendarnemu "bilans musi wyjść na zero" to z każdym dniem pracuje na jeszcze bardziej świetlaną przyszłość. Wiara, nadzieja... one nigdy nie umierają, w nikim z nas. Zależy tylko czego dotyczą. Osobiście wierzę, że to się tak nie kończy. Że gdzieś tam... daleko... jest "to coś", ten nieopisany "przedmiot" pragnień. Trzeba tylko o niego zawalczyć - a żeby zawalczyć trzeba nabrać sił. Ogarnia mnie dziwny optymizm, to nawet zabawne. Mało zostało tego czekania, warto zaczekać w spokoju. Pośpiech rodzi błędy. Dlatego (ironia? = dlaczego?) już niedługo ponownie wezmę nóż i zarżnę parę rzeczy, spale parę mostów i pójdę spać, pójdę śnić o tym, że zostałem odpowiednikiem Nerona, śnić o tym, że podpaliłem świat. Podpaliłem i patrzę jak umiera.
wtorek, 25 stycznia 2011
Dziewczynka
To dziwna dedykacja, zwłaszcza jak na szowinistę, jednak, cóż...
Spotkałem dzisiaj, w drodze powrotnej z uczelni, moją "starą" znajomą. O tyle znajomą, iż już kiedyś widziałem ją w autobusie i gestykulowaliśmy sobie troszkę. Ja jej nie poznałem, ona mnie - o dziwo - od razu. Dopiero dłuższa chwila i zakręcenie młynka dłonią odświeżyło mi pamięć.
Porozmawialiśmy.
Są jeszcze małe perły wśród chłamu gimnazjów i podstawówek. Oczywiście nabiorą skaz, zmienią się i staną się takie jak reszta. Mimo to jest to jakiś pozytyw.
Czuje się jak "nowoobudzony". Jakbym przez ostatni rok, może więcej, tylko śnił o tym, że żyje. Zapomniałem o tylu rzeczach... a teraz wstałem z łóżka.
Świat ma barwy, jednak nadal można go opisać czernią i bielą - bo tak jest słuszniej. I ja powróciłem do mojej słodkiej bieli, poszarzałej i pościeranej, dla innych szarości, innych - czerni, a dla mnie - nieskończonej połaci śnieżnej bieli...
Spotkałem dzisiaj, w drodze powrotnej z uczelni, moją "starą" znajomą. O tyle znajomą, iż już kiedyś widziałem ją w autobusie i gestykulowaliśmy sobie troszkę. Ja jej nie poznałem, ona mnie - o dziwo - od razu. Dopiero dłuższa chwila i zakręcenie młynka dłonią odświeżyło mi pamięć.
Porozmawialiśmy.
Są jeszcze małe perły wśród chłamu gimnazjów i podstawówek. Oczywiście nabiorą skaz, zmienią się i staną się takie jak reszta. Mimo to jest to jakiś pozytyw.
Czuje się jak "nowoobudzony". Jakbym przez ostatni rok, może więcej, tylko śnił o tym, że żyje. Zapomniałem o tylu rzeczach... a teraz wstałem z łóżka.
Świat ma barwy, jednak nadal można go opisać czernią i bielą - bo tak jest słuszniej. I ja powróciłem do mojej słodkiej bieli, poszarzałej i pościeranej, dla innych szarości, innych - czerni, a dla mnie - nieskończonej połaci śnieżnej bieli...
niedziela, 23 stycznia 2011
Ósemka pik, ósemka kier
Śniłem o wyborze.
Kazano mi wybrać ósemkę pik lub ósemkę kier, a cokolwiek kryło się pod niewybraną miało zostać owiane sekretem na wieczność.
Wybrałem kier i po obudzeniu wiedziałem, że dokonałem złej decyzji.
Decyzje...
Za każdą przychodzi zapłacić.
Ceną za mój wybór było pytanie o czas, powrót i zemstę.
"Trzeba kochać Boga, który nie boi się zemsty, gdy musi zmartwychwstać."
Uwaga autora do żyjących?
Nie trzeba było mnie wskrzeszać.
Kazano mi wybrać ósemkę pik lub ósemkę kier, a cokolwiek kryło się pod niewybraną miało zostać owiane sekretem na wieczność.
Wybrałem kier i po obudzeniu wiedziałem, że dokonałem złej decyzji.
Decyzje...
Za każdą przychodzi zapłacić.
Ceną za mój wybór było pytanie o czas, powrót i zemstę.
"Trzeba kochać Boga, który nie boi się zemsty, gdy musi zmartwychwstać."
Uwaga autora do żyjących?
Nie trzeba było mnie wskrzeszać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)